Definicji marki jest wiele, ale najbliższa mi jest chyba ta Kalla: Marka to kombinacja produktu fizycznego, nazwy marki, opakowania, reklamy oraz towarzyszących im działań z zakresu dystrybucji i ceny, kombinacja, która odróżniając kombinację danego marketera od ofert konkurencyjnych, dostarcza konsumentowi wyróżniających korzyści funkcjonalnych lub symbolicznych, dzięki czemu tworzy lojalne grono nabywców i umożliwia tym samym osiągnięcie wiodącej pozycji na rynku.
James Bond jest jak najbardziej fizyczny. Aż do bólu, rzec by można. Nazwa też ma się dobrze. Opakowanie? Oprócz opakowania Bonda, a do roli agenta brane są naprawdę smakowite kąski, mamy również również opakowanie samej idei Bonda - gadżety, rewelacyjne sceny akcji, piękne kobiety. Everything. Bonda sprzedają nie tylko reklamy filmów, ale tez tych wszystkich firm, które pod Bonda, jak pod igrzyska, chcą się podczepić, a których produkty wystepują w filmie. Dystrybucja? A które kino nie chce grać Bonda, na którego tak wielu chce pójść? Swoją cenę też trzeba zapłacić, bo sceny z najnowszych Bondów, nie nadają się na oglądanie na komputerze wersji nagranej w kinie. Nawet jeśli puścicie to sobie na swoim telewizorze plazmowym i tak będzie kicha. Nie o to, nie o to w Bondzie chodzi. Filozoficznie do tego podchodząc, idąc na Bonda płacisz też cenę dużo wyższą. Cenę świadomości, że nigdy taki nie będziesz. Idziemy dalej?
Wymieniane w podręcznikach cechy marki to:
No to po kolei ...
Więcej na zjadamyreklamy.pl